Co to znaczy, że ojczyzna jest w sercu? To pytanie — pozornie proste — otwiera drzwi do refleksji o tym, czym właściwie jest „miejsce, z którego pochodzimy”. Czy ojczyzna jest faktem geograficznym, punktem na mapie, historią zapisaną w podręcznikach? A może jest programem, który przyjmujemy w chwili narodzin — zbiorem przekonań, symboli i wzorców, które jednocześnie nadają nam poczucie przynależności i… potrafią nas ograniczać?
Kto ty jesteś? — Polak mały.
Powtarzamy więc od najmłodszych lat określoną formułę, nie zdając sobie sprawy, że działa ona jak mantra — zakorzenia się w podświadomości, tworząc tożsamość, zanim jeszcze zdążymy zapytać, czy naprawdę chcemy ją przyjąć. Tak właśnie działa sugestia: powtarzana wystarczająco często staje się prawdą. I choć nie ma w tym nic złego, dopóki daje poczucie bezpieczeństwa, to bywa ograniczające, gdy zaczyna definiować całe nasze istnienie.
Ostatnia przeprowadzka uświadomiła mi, że można być obywatelem świata — a nawet wszechświata — kiedy przestajemy ślepo uczestniczyć w programie pod tytułem: narodowość, kultura, historia. Te struktury, choć potrzebne do organizacji życia społecznego, tworzą w nas człowieka, który utożsamia się z określonym terytorium. Człowieka, który lubi to, co lubią inni obywatele z tego samego miejsca: te same potrawy, pejzaże, sposób mówienia i myślenia. To nic innego jak mimetyzm — jedna z podstawowych strategii, poprzez które umysł się uczy.
Nawet tak niewinna rzecz jak smak kiszonej kapusty może stać się symbolem kulturowego zaprogramowania. Gdy wyjeżdżamy za granicę, czasem okazuje się, że ktoś nie podziela naszego zachwytu nad kwaśnością, którą całe życie traktowaliśmy jako naturalną. Ten zabawny przykład odsłania jednak głębszą prawdę: uczymy się świata poprzez obserwację i naśladowanie. Wzrastamy w kulturze, która staje się dla nas przezroczysta — jak powietrze.
Dopiero dystans — geograficzny lub świadomościowy — pozwala zauważyć schematy, które nami kierują. Zauważyć, jak głęboko nasze wybory, wartości, lęki i nadzieje są uplecione z kultury, z której pochodzimy. I jak mocno potrafi nas to trzymać w miejscu. „Ojczyzna w sercu” bywa wtedy nie tylko źródłem tożsamości, lecz także kotwicą, która uniemożliwia zobaczenie, że poza tą jedną narracją istnieją tysiące innych.
Kiedy zaczynamy patrzeć z dystansem, możemy zrozumieć, że pomimo różnic łączy nas coś fundamentalnego. Moje doświadczenie prowadzi mnie do rozpoznania, że w każdej istocie obecna jest ta sama świadomość — ta sama esencja, odziana jedynie w różne kulturowe szaty i historyczne atrybuty. Kim jesteśmy, kiedy zdejmiemy te wszystkie warstwy? Kim jesteśmy bez opisu, narodowości, rasy, bez korony i bez atrybutów władzy?
To pytanie jest zaproszeniem do samopoznania.
Do słuchania odpowiedzi, które przychodzą nie z zewnętrznych źródeł, lecz z wnętrza.
Nawet nauka — często uznawana za domenę sceptyków — zaczyna otwierać się na perspektywę, że obserwator współtworzy rzeczywistość. Fizyka kwantowa pokazuje, że świat cząstek elementarnych jest jednocześnie falą i cząstką, że zachowanie materii zależy od tego, czy jest obserwowana. Od słynnego eksperymentu z podwójną szczeliną aż po zasadę nieoznaczoności Heisenberga wynika z tego jeden głęboki wniosek: uwaga obserwatora organizuje energię.
W języku świadomości oznacza to, że nasze myśli, emocje i przekonania działają jak kwantowy obserwator. Rzeczywistość odpowiada na jakość naszej percepcji:
- gdy patrzymy przez filtr lęku — świat staje się pełen zagrożeń,
- gdy patrzymy przez filtr spokoju i jedności — świat odpowiada harmonią.
Dlatego właśnie praca nad sobą, uważność, medytacja czy uzdrawianie emocji nie są „duchową ozdobą”, lecz sposobem na oczyszczenie obserwatora, który współtworzy doświadczenie życia.
I tu pojawia się pytanie: jak to się ma do miejsca, w którym się urodziłeś?
Z tej perspektywy narodowość również jest programem — zbiorem wdrukowanych narracji o tym, kim jesteśmy i kim „powinniśmy” być. Ale przecież jesteśmy obywatelami wszechświata, istotami złożonymi z wibrującej energii, którą fizyka i duchowość próbują opisać różnymi językami.
Czy nie jest piękniej spojrzeć na siebie właśnie w ten sposób?
Jako na świadomość, która może wybrać, w jakim świecie chce żyć?
Która kreuje rzeczywistość nie poprzez przypadkowe zewnętrzne siły, lecz poprzez jakość swojego wnętrza?
Moje doświadczenie mówi mi jedno: kiedy wewnątrz mam spokój i czuję jedność z całym światem, świat zewnętrzny odpowiada tym samym. Ojczyzna wtedy nie jest punktem na mapie, ale przestrzenią wewnętrzną, która nie ogranicza — lecz otwiera.
Być może więc prawdziwa ojczyzna nie jest miejscem, lecz stanem świadomości. Nie tym, co zapisane w dokumentach, ale tym, co zapisane w sercu — nie jako obowiązek, lecz jako świadomość połączenia ze wszystkim, co istnieje. Kiedy przestajemy definiować siebie poprzez granice, tradycje i historie, a zaczynamy definiować poprzez obecność, uważność i wewnętrzną wolność — odkrywamy, że jesteśmy częścią czegoś o wiele większego niż naród czy kultura.
Ojczyzna staje się wtedy nie mapą, ale przestrzenią, w której czujemy się sobą.
Przestrzenią, którą nosimy wszędzie, dokądkolwiek idziemy.
I może właśnie na tym polega esencja bycia: na odwadze, by wyjść poza odziedziczone programy i pozwolić sobie doświadczyć życia szerzej, głębiej, pełniej. Na gotowości, by spojrzeć na siebie nie jak na produkt historii, lecz jak na twórcę własnej rzeczywistości.
Gdy to zrozumiemy, wtedy gdziekolwiek jesteśmy — jesteśmy u siebie.
Z przymrużeniem oka:-)
Dlatego zawsze inspirował mnie… żółw.
Istota kompletna: wszędzie u siebie, nigdzie nieprzywiązana, zawsze w podróży, a jednocześnie zawsze w domu — bo dom nosi na plecach. Gdyby żółw miał paszport, pewnie widniałoby w nim: „obywatel świata”. A może nawet „obywatel wszechświata”.
I może właśnie o to chodzi: żeby żyć jak żółw — powoli, świadomie, z własnym rytmem i z własną skorupą spokoju, którą można zabrać wszędzie. Bo kiedy masz dom w sercu, a spokój w sobie… reszta jest tylko mapą.
