Na mojej ścieżce rozwoju pojawiały się doświadczenia, które zmieniały bieg mojego życia. Coś we mnie poruszały… Mogę je nazwać mistycznymi.
W subtelnym dotyku tego stanu umysł przestawał grać pierwsze skrzypce, a czucie w ciele stawało się coraz wyraźniejsze.
Pojawiała się przestrzeń — cicha, bezimienna, wolna od ocen, pośpiechu i etykiet.
Przestrzeń bycia.
To miejsce spokoju. Głębokie poczucie, że jestem częścią czegoś większego. Że energia przepływa przeze mnie, a ja jestem jej częścią.
Oddając się temu, czuję ogromną radość, czułość do siebie, wzruszenie.
Nie potrafię nawet ująć tego słowami.
To spotkanie z czymś, co jest niewidzialne, a jednak głęboko obecne.
Po takich momentach pojawia się we mnie naturalny, niemal niepowstrzymany impuls, by się tym dzielić.
Chcę opowiedzieć, co się wydarzyło, chcę przekazać choćby odłamek tego spokoju, który mnie spotkał.
Ale kiedy próbuję to ubrać w słowa — wszystko zaczyna się rozmywać.
Tamta chwila ucieka.
Już w samym akcie mówienia, to, co było żywe i prawdziwe — zmienia kształt.
Słowa…
są jak za ciasne ramy.
Jak szkatułka, która próbuje zamknąć powiew wiatru.
To, co prawdziwe, nie daje się opisać.
Nie mieści się w języku.
Bo to, czego doświadczam — to nie jest myśl.
To jest dotknięcie istnienia.
Rozpoznanie.
Czyste czucie. Czysta obecność. Czyste „jestem”
Podczas mojego odosobnienia w ciszy — pięć dni bez rozmów, telefonu, bodźców zewnętrznych — odkryłam coś bardzo ważnego dla mnie.
Mój umysł sam się wyciszał. Myśli było mniej.
Zaczęłam zauważać, jak przychodzą i odchodzą.
Moje kompulsje stały się widoczne. Ciało się rozluźniało.
Zyskałam przestrzeń na reakcję. Na wybór.
Obserwator we mnie spokojnie przyglądał się kolejnym myślom… aż zrozumiałam:
nie mam wpływu na to, jaka myśl się pojawi.
Ona po prostu przychodzi i znika.
Ale jest coś we mnie, co to widzi. I to doświadczenie pomogło mi uwolnić się od wielu iluzji na swój temat.
Zaczęłam dostrzegać, że ta cała konstrukcja myśli, tożsamość, historia o „mnie” — to nie jestem ja.
Bo skoro coś to wszystko zauważa… to ja nie mogę tym być.
To był szok.
Pamiętam, jak ostatniej nocy odosobnienia ogarnął mnie lęk.
Jakaś część wyobrażenia o sobie i o świecie się rozpadła.
Już nic nie wydawało się pewne.
Zadałam sobie pytanie: Na czym mogę się oprzeć?
Skoro te myśli to tylko programy i wzorce — to dlaczego miałabym im wierzyć?
Po powrocie czułam się, jakby wewnętrznie się rozpadła.
Przez tygodnie integrowałam to doświadczenie.
Nie wiedziałam, jak o tym mówić bliskim.
Jak opowiedzieć:
„To, co nazywałam sobą… nie istnieje. To było tylko wyobrażenie.”
To, co uważałam za siebie, okazało się odbiciem.
Tożsamością tworzoną przez lata — przez rodzinę, kulturę, potrzebę przynależności i kontroli.
Obrazem, który podtrzymywałam, żeby przetrwać.
Od lat interesowałam się duchowością.
Fascynowała mnie ścieżka buddyjska — jej prostota, cisza, medytacja, uważność w codziennym działaniu.
Sięgałam po nauki Thich Nhata Hanha, który z niezwykłą łagodnością uczył, jak być obecnym w najzwyklejszych chwilach czy Jon Kabat Zinna.
Z kolei Ramana Maharishi — poprzez pytanie „Kim jestem?” — zapraszał do głębokiego samopoznania, do zatrzymania się w punkcie, w którym nie ma już tożsamości, tylko czyste istnienie.
Jego milczenie mówiło więcej niż tysiące słów.
Czułam, że to, o czym mówi, jest mi bliskie, choć jeszcze wtedy nie potrafiłam tego w pełni poczuć.
Czytałam też Eckharta Tolle, który tak trafnie opisywał mechanizmy ego i cierpienia — to, jak umysł wciąż opowiada historie, identyfikuje się z przeszłością i projekcją przyszłości, jak odcina nas od tu i teraz.
Jego słowa dawały mi zrozumienie, ale nadal było to tylko w głowie.
Mogłam to pojąć intelektualnie, nawet wzruszyć się przy lekturze — ale to nie zmieniało mojego codziennego stanu.
Wciąż reagowałam schematami, emocje brały górę, ciało było napięte, a umysł gonił bez końca.
Dopiero kiedy doświadczyłam tego przez ciało — poprzez głęboki bezruch, odosobnienie, kontakt z naturą, zatrzymanie —
coś się we mnie otworzyło.
Jakby słowa, które wcześniej tylko znałam, nagle zaczęły żyć we mnie.
Nie jako koncepcje, ale jako bezpośrednie doświadczenie.
Pojawiło się rozpoznanie:
To, czego szukałam na zewnątrz, już tu jest.
W tej chwili. W tej ciszy. W tym oddechu.
To nie było „zrozumienie”. To było czucie.
Czy moje życie się zmieniło?
Tak.
Ale to nie znaczy, że jest usłane różami.
Wciąż pojawiają się schematy, stare role, wyuczone reakcje.
Wciąż zdarza mi się reagować automatycznie.
Ale coraz częściej widzę, skąd to przychodzi.
Mam więcej przestrzeni na wybór.
Kiedy umysł znowu zaczyna osądzać, analizować, klasyfikować… wiem, że nie jestem wtedy przy sobie.
Jestem w głowie. Zmęczona. Czasem w mechanizmie lęku.
W takich momentach chcę zyskać kontrolę, uporządkować świat, złapać się jakiejś definicji — bo to daje złudne poczucie sensu.
A przecież tego sensu wszyscy tak bardzo szukamy.
Ja też go szukam.
Ale może…
to właśnie niewiedzenie jest najgłębszą formą mądrości.
Nie to, co już nazwane, zrozumiane, zamknięte w szufladkach.
Ale to, co wciąż żywe, otwarte, czułe na odkrywanie.
Może największy sens nie leży w odpowiedziach —
ale w prawdziwej obecności z pytaniem.
W gotowości, by nie wiedzieć…
nie dlatego, że się poddajemy, ale dlatego, że ufamy.
W tym pokornym, cichym:
„Nie wiem… nie wiem… nie wiem…”
jest ukryta siła, która rozpuszcza stare przekonania,
łamie skorupy tożsamości,
i zaprasza nas do czegoś większego niż rozum.
To nie intelekt prowadzi nas do prawdy.
To czucie, to wewnętrzne rozpoznanie,
które nie potrzebuje dowodów.
Bo to, co prawdziwe — i tak cię znajdzie.
W swoim czasie.
W ciszy między jednym oddechem a drugim.
Jeśli tylko jesteś gotowa przestać szukać
i zacząć słuchać.
„Nie wiem” to zaproszenie do porzucenia starych historii o sobie.
To lekarstwo na sztywne przekonania, oceny i schematy.
Za każdym razem, gdy Twój umysł chce szybko coś nazwać, zaszufladkować, zamknąć w słowie i tym samym odciąć Cię od czucia — zatrzymaj się.
Powiedz sobie:
„Nie wiem.”
I posłuchaj tego subtelnego głosu, który mówi spod powierzchni.
Szamani nazywają ten wewnętrzny szept głosem duchów opiekuńczych.
To nie jest głos, który usłyszysz w hałasie świata. Nie wypłynie z tłumu ani z cudzych opinii.
To głos, który przychodzi w ciszy.
Delikatny, ledwo wyczuwalny, a jednak głęboko prowadzący.
Usłyszysz go, gdy przestaniesz szukać na zewnątrz — i stworzysz w sobie przestrzeń.
Przestaniesz analizować, porównywać, przewidywać.
Zaczniesz po prostu być.
Bo kiedy wciąż karmimy się cudzymi narracjami, skrolujemy cudze życia, przeglądamy nie swoje myśli — nie mamy dostępu do własnego głosu.
A właśnie ten głos… jest naszym kompasem.
Szamani wierzą, że nie pochodzi on z umysłu, ale z głębokiego połączenia z Polem.
Z tym, co dr Alberto Villoldo tak pięknie nazywa:
„Duch to bezkresne i niewidzialne pole energetyczne, z którym się łączymy, by kreować rzeczywistość.
To nie bóstwo o ludzkich przymiotach — kapryśne, zazdrosne czy gniewne, jak greccy czy rzymscy bogowie…
Duch to twórcza matryca, podtrzymująca ewolucję kosmosu i odświeżająca ego.”
(Alberto Villoldo, „Medycyna ciała i ducha”, s. 38–39)
Właśnie z tego miejsca — z tego połączenia — przychodzi prawdziwa mądrość.
Nie ta, którą da się przeczytać w książkach.
Nie ta, którą przekaże Ci ktoś inny.
Tylko ta, która urodzi się w Tobie, kiedy zaufasz subtelności i ciszy.
Kontemplacja „nie wiem” może być tą ścieżką.
Delikatnym, ale potężnym aktem odzyskiwania siebie.
Jak rytuał przejścia — oddziela Cię od starego, tego co już Ci nie służy, co dawno wygasło.
Może stać się bramą do wolności,
do życia nie według schematów, ale w zgodzie z pulsującą w Tobie prawdą.
To ciche „nie wiem”…
jest jak uświęcone miejsce —
gdzie wszystko, co nieprawdziwe, przestaje mieć znaczenie.
Gdzie nie musisz już grać żadnej roli.
Gdzie możesz po prostu być.
I właśnie tam — w tej wewnętrznej ciszy,
rozpoznajesz swoją esencję.
Już nie przez umysł.
Ale przez czucie, przez Obecność, przez to, co wie bez słów.
To jest mądrość.
To jest powrót do siebie.
To jest Esencja Bycia.
