Esej o wolności, cieniu i dziedzictwie zbiorowej nieświadomości
Od roku mieszkam w Holandii.
Patrzę na kobiety wokół siebie – pewne siebie, niezależne, spokojne w swojej obecności. Ich siła nie wynika z walki, lecz z naturalności.
Nie czują potrzeby tłumaczenia się ze swojej kobiecości, z decyzji o macierzyństwie, pracy czy samotności.
Ten obraz jest dla mnie lustrem, w którym widzę własne cienie.
Dzięki dystansowi mogę dostrzec, jak głęboko we mnie samej wciąż żyją przekonania wyniesione z polskiej kultury – te o winie, obowiązku, poświęceniu, które długo uznawałam za „normalne”.
Wychowałam się w świecie, który mówił: „Kobieta ma być dobra, skromna, oddana.”
Ale rzadko mówił: „Kobieta ma być wolna.”
Wyjazd pomógł mi zrozumieć, że wolność nie jest przywilejem – jest powietrzem, którym się oddycha.

Cień kultury i ciało zbiorowej nieświadomości
Zrozumiałam, że nasze przekonania – zarówno te, które przynosimy z Polski, jak i te obecne w kulturze holenderskiej – są częścią szerszego pola zbiorowej nieświadomości.
Każdy kraj, każda społeczność ma swoje „niewidzialne dziedzictwo” – własne cienie, lęki, archetypy.
Polska niesie w sobie pamięć przetrwania, lojalności i poświęcenia.
Holandia – pamięć niezależności, dyscypliny i porządku.
Oba te pola mają swoje światło i swoje cienie.
Cieniem polskiego doświadczenia jest lęk przed utratą, przekonanie, że wolność zawsze trzeba okupić cierpieniem.
Cieniem holenderskiej historii – echo kolonializmu i przekonania o własnej racji, które przez stulecia pozwalały podporządkowywać inne kultury.
Pod powierzchnią pragmatyzmu i tolerancji wciąż drzemie pamięć o tym, jak łatwo można usprawiedliwić władzę i kontrolę, gdy uzna się ją za „cywilizującą misję”.
Z jednej strony – polska dusza, która uczy się ufać światu po wiekach przetrwania.
Z drugiej – holenderska świadomość, która uczy się pokory wobec swojej historii i odpowiedzialności za dawne przywileje.
I właśnie w tym spotkaniu – pomiędzy raną a świadomością, pomiędzy wstydem a współczuciem – rodzi się nowe zrozumienie.
Bo oba te dziedzictwa, choć różne, uczą tego samego: że prawdziwa wolność nie rodzi się z dominacji ani z ofiary, lecz ze zdolności do autorefleksji i empatii.
Żyjąc między nimi, zaczynam dostrzegać, że nie chodzi o to, by któreś z nich odrzucać, lecz by je zintegrować.
Z polskiego dziedzictwa biorę ciepło, wrażliwość i głębię emocji.
Z holenderskiego – lekkość, prostotę, praktyczne podejście do życia.
W tej przestrzeni spotkania zaczynam rozumieć, że prawdziwa wolność to umiejętność czerpania z różnych źródeł, bez konieczności wyboru „jednej prawdy”.
Zaczynam też widzieć, że wiele z naszych przekonań wcale nie należy do nas.
Nosimy w sobie zbiorową nieświadomość – przesyconą archetypami zadanej nam klęski i wyzysku.
Z pokolenia na pokolenie przenoszone są opowieści:
„Trzeba przetrwać.”
„Nie ufaj obcym.”
„Świat jest przeciwko nam.”
Te historie żyją w ciele – w sposobie, w jaki reagujemy na sukces, autorytet, obfitość czy miłość.
Zamiast ufać – kontrolujemy.
Zamiast przyjmować – czujemy, że musimy się odwdzięczyć.
Zamiast odpoczywać – włącza się wewnętrzny strażnik: „Nie zasługujesz. Musisz się bardziej postarać.”

Kobieta i świętość – polska lekcja winy
W polskiej podświadomości wciąż obecne jest przekonanie, że potrzebujemy rozgrzeszenia – od księdza, od Kościoła, a czasem po prostu od samych siebie.
Jakby samo bycie, z jego błędami, emocjami i pragnieniami, wymagało usprawiedliwienia.
Od najmłodszych lat uczono nas pokory, skromności i troski o innych – często w duchu poświęcenia, które miało być miarą dobroci.
Świętość w naszej tradycji często przybierała twarz cichej matki – tej, która niesie, dźwiga i trwa z łagodnością, nawet wtedy, gdy jest jej trudno.
W dorosłości szukamy tego rozgrzeszenia wszędzie – w pracy, w relacjach, w świętach.
Pracujemy ponad siły, by zasłużyć.
Przepraszamy za sukces, by nie „wychylać się”.
Uśmiechamy się, gdy jest nam źle, zamiast przyznać sobie prawo do odczuwania.
I nawet w chwilach radości, gdzieś pod skórą, czai się pytanie: „Czy mogę się tak po prostu cieszyć?”
W czasie świąt najpełniej widać, jak mocno w nas zakorzenione jest pragnienie, by wszystko było „tak, jak trzeba”.
Zamiast chwili bliskości, często wpadamy w wir przygotowań.
Zamiast obecności – pojawia się presja, by zdążyć, dopiąć, zrobić dobrze.
Myjemy okna, pieczemy kolejne ciasta, kupujemy za dużo jedzenia i prezentów – jakby miłość trzeba było okazać wysiłkiem.
Nie dlatego, że tego naprawdę chcemy, ale dlatego, że gdzieś głęboko w nas rozbrzmiewa znajomy głos: „Dobra kobieta się stara.”
A może właśnie wolność zaczyna się wtedy, gdy ten głos łagodnie cichnie?
Gdy pozwalasz sobie nie zrobić wszystkiego idealnie, nie zadowolić wszystkich, nie udowadniać, że zasługujesz.
Kiedy zamiast kolejnej listy zadań pojawia się pytanie:
„A co ja dziś naprawdę czuję? Czego potrzebuję?”
Jak to by było – świętować inaczej?
Spokojniej. Prawdziwiej. W rytmie serca, a nie kalendarza.
Być przy stole nie po to, by wszystko dopilnować, ale by naprawdę być – z sobą i z innymi.
Bo świętość nie jest w cierpieniu, lecz w życiu.
Nie w pokucie, lecz w obecności.
Nie w doskonałości, lecz w autentyczności.
Wolność wewnętrzna
Wolność nie jest darem państwa, religii ani systemu – rodzi się w nas.
To nie lista praw ani obowiązków decyduje, jak żyjemy, lecz decyzja, którą podejmujemy w swoim wnętrzu.
Wolność to moment, w którym kobieta mówi:
„Nie muszę już żyć zgodnie z cudzym wyobrażeniem o mnie.”
Nie muszę być „idealną córką”, „idealną żoną”, „idealną matką” ani „idealną pracownicą.”
Tu, z dala od mojego kulturowego dziedzictwa, uczę się innego rodzaju siły – cichej, spokojnej, ale głębokiej.
Siły, która nie potrzebuje aprobaty ani poklasku.
To siła, która nie udowadnia, ale po prostu jest.
Czasem objawia się w prostym „nie” wobec nadmiaru obowiązków, a czasem w spokojnym „tak” wobec własnej intuicji.
W codziennych wyborach: zrezygnować z nadmiaru pracy, nie odpowiadać od razu na każde oczekiwanie innych, pozwolić sobie na chwilę samotności.
To siła kobiety, która ufa sobie.
Która wie, że jej decyzje są ważne, że jej ciało, emocje i potrzeby mają prawo istnieć.
Która doświadcza życia w pełni, bez strachu przed oceną.
I która odkrywa, że prawdziwa wolność to nie bunt ani ucieczka, lecz zgoda na siebie – tu i teraz.
Uzdrowienie
Uzdrowienie nie polega na odrzuceniu przeszłości, lecz na jej zrozumieniu.
Nie chodzi o to, by zapomnieć o polskim dziedzictwie czy przyjąć holenderskie wzorce jako lepsze.
Chodzi o to, by zobaczyć oba – z czułością i świadomością.
To, co w nas trudne – lęk, poczucie winy, kontrola – to nie błędy, lecz echo historii.
A świadomość daje nam możliwość wyboru: możemy już żyć inaczej.
Dziś wiem, że moja wolność nie zaczęła się w chwili wyjazdu z Polski, ale w momencie, gdy zaczęłam słuchać siebie.
Wyjazd jedynie pomógł mi to usłyszeć.
Uzdrowienie oznacza, że możemy żyć pełniej – tu i teraz – z lekkością, świadomością i poczuciem własnej wartości.
Że możemy pozwolić sobie na radość, obecność i autentyczność, zamiast nosić ciężar winy i oczekiwań innych.
Na koniec – z przymrużeniem oka
A wyjazd?
Pomógł mi poznać inne wzorce kulturowe, poobserwować je i – jak w dobrej cukierni – wziąć sobie kawałek z tego tortu, który najbardziej mi smakuje.
To są moje refleksje po roku życia w kraju, gdzie rowery są świętością, a deszcz to po prostu stan umysłu.
Gdzie zamiast „pośpiechu” jest „spokój”, a zamiast „muszę” – coraz częściej mówię sobie „chcę”.
Tutaj uczę się siebie.
Tutaj zaczynam nowy rozdział życia.
I chociaż czasem wciąż gubię się na holenderskich ścieżkach rowerowych,, to wiem jedno – odnajduję siebie coraz bardziej.
