Czasami ciało i emocje noszą w sobie coś, co nigdy nie zostało wypowiedziane. Coś, co nie znalazło ujścia, bo mechanizmy obronne zadziałały szybciej, niż mogliśmy to świadomie zauważyć.
Dziś te nieprzeżyte uczucia często ujawniają się jako kompulsywne zachowania, projekcje, nadreaktywność.
Mechanizmy obronne – sprzymierzeńcy czy złudzenie ulgi?
Freud zauważył, że pierwotne mechanizmy obronne ego – takie jak wyparcie czy zaprzeczanie – z czasem ewoluują i przybierają subtelniejsze formy: intelektualizację, racjonalizowanie, usprawiedliwianie, analizowanie czy minimalizowanie tego, co naprawdę boli.
Pozwalają nam funkcjonować, przetrwać, a czasem nawet odnieść sukces w świecie zewnętrznym – ale nie zawsze prowadzą do uzdrowienia.
„Analiza bez czucia staje się kolejnym mechanizmem obronnym.”
Z pozoru jesteśmy „ogarnięci”, potrafimy mówić o sobie, rozumiemy swoje schematy. Ale dopóki nie dotkniemy emocji w ciele, dopóki nie pozwolimy ich przeżyć i uwolnić – pozostajemy w kole analiz i strategii przetrwania. To jak próba gaszenia ognia, opowiadając o nim – zamiast naprawdę go ugasić.
Współczesne badania neurobiologiczne pokazują, że nawet kora nowa mózgu – ta odpowiedzialna za myślenie i logikę – aktywnie angażuje się w tłumienie przeszłości. Nasz mózg „przycina” wspomnienia, wygładza je, racjonalizuje – nie po to, by nas zdradzić, lecz byśmy mogli funkcjonować.
Ale to tłumienie nie jest obojętne dla ciała. Emocje, które nie znalazły ujścia, pozostają w napięciach, w ścisku gardła, w zmienionym rytmie oddechu.
„To, co zostało wyparte psychicznie, jest często przechowywane somatycznie.”
Z czasem organizm zaczyna wysyłać sygnały: ból, migreny, bezsenność, chroniczne zmęczenie, drażliwość. To nie „wymysły” ani nadwrażliwość – to głos tego, co zostało zepchnięte, a co domaga się uznania i integracji.
Co znaczy pracować z wewnętrznym dzieckiem?
To doświadczenie – cielesne, emocjonalne, obecne tu i teraz. Nie dzieje się w głowie, nie rozgrywa w teorii. Odczuwamy je w napięciu barków, w ucisku w brzuchu, w oddechu, który się zatrzymuje.
Do tej pracy potrzeba bezpieczeństwa – wewnętrznego i zewnętrznego. Potrzeba czułości, by nie popędzać siebie. I odwagi, by zbliżyć się do miejsc, które kiedyś były zbyt bolesne, by je poczuć.
„To nie jest intelektualne ćwiczenie – to powrót do tego, co zostało zamrożone.”
Smutek – pierwszy głos
U mnie jedną z pierwszych emocji, które pojawiły się w trakcie pracy z uwalnianiem, był smutek. Głęboki, poruszający, czasem przytłaczający. Wracał, gdy stawałam twarzą w twarz z tym, co trudne, albo z tym, co odchodziło bezpowrotnie.
Był jak cichy gość, który przysiada obok, kiedy coś się kończy – nawet jeśli na zewnątrz wszystko wygląda „w porządku”.
Pojawiał się, gdy przeglądałam stare zdjęcia i widziałam w oczach tej małej dziewczynki samotność, której wtedy nie umiałam nazwać. Albo kiedy odchodziła przyjaciółka, z którą drogi zaczęły się rozchodzić, mimo że nic wielkiego się nie wydarzyło. Czasem wracał nagle – na przykład w trakcie słuchania muzyki. Na zewnątrz nic nie zapowiadało łez, a jednak w środku pękało coś, co długo było zasklepione.
Dopiero z czasem zrozumiałam, że smutek był formą pożegnania – z tym, co zmieniło swoją formę, albo z tym, co zniknęło. Kiedy odcinamy się od emocji, często nawet nie wiemy, o czym one są.
W moim dawnym systemie przekonań smutek był oznaką słabości, przesady, dramatyzowania. Więc zamiast czuć – analizowałam. Zamiast płakać – zajmowałam się czymś innym. Ale ciało nie dało się oszukać. Zaciśnięte gardło, spięte ramiona, wieczorne zmęczenie bez powodu – to były jego sposoby, by wołać o uwagę.
Moja droga do czucia
Pierwszy krok – gniew
Kiedyś myślałam, że zmiana zaczyna się w głowie. Że wystarczy zrozumieć. Ale prawdziwy przełom przyszedł, gdy zaczęłam słyszeć siebie naprawdę.
Pojawił się gniew – zakazany, tłumiony przez lata.
Podczas jednej sesji uwalniania gniewu krzyczałam tak, że drżały mi ręce, a gardło piekło. Czułam, jak coś w środku się otwiera. Jak głos, który był stłumiony, zaczyna wychodzić na powierzchnię.
Drugi krok – ciało
Potem przyszło spotkanie z ciałem – z czułością, a nie rygorem. Masaże, joga, taniec intuicyjny, medytacja w ruchu. Zaczęłam zauważać momenty, w których ciało napina się szybciej niż zdążę pomyśleć „nic się nie stało”.
Nielinerny rozwój
To nie jest linearny rozwój. Raz czułam akceptację, innym razem wracałam do starych schematów. Ale zrozumiałam, że ta droga nie prowadzi do perfekcji – tylko do prawdy o sobie. To odzyskiwanie siebie. Warstwa po warstwie.
Błogość – nagroda za wytrwałość
Z czasem pojawiło się coś nowego – błogość. Rozluźnienie. Cisza w ciele. Wzruszenie i poczucie, że wreszcie ktoś mnie objął… i że jestem to ja sama.
Nauczyłam się rozpoznawać w sobie subtelne sygnały: drażliwość, nadmierną reakcję, chęć wycofania. Każdy z nich to głos tej najmłodszej części mnie, która prosi o uwagę.
„Czego teraz potrzebujesz, Kochanie?”
„Jak mogę Cię dziś przytulić?”
Powrót do siebie – codzienna decyzja
Praca z emocjami to nie cel, lecz droga. Pełna trudów, ale też czułości, zachwytu i małych cudów obecności.
To podróż z głowy do serca. Z napięcia do czucia. Z osądu do akceptacji.
I jeśli czujesz, że Twoje wewnętrzne dziecko próbuje się do Ciebie odezwać – usłysz je.
Bo może właśnie teraz jest ten moment, by przestać od siebie uciekać.
Do domu.
Do siebie.
Do swojego ciała.
Do swojej prawdy.
Do tej małej dziewczynki lub chłopca w Tobie, która czekała na to całe życie.
